Pod gorejącym słońcem

Wpisy

  • środa, 29 sierpnia 2012
    • Wpis bez tytułu

      "Ne­mo est ca­su bo­nus."
       
       
       

      Wierzchowce popędzone lekko szybko zbliżyły się do wozu, który leniwie się toczył, żłobiąc w piasku koleiny. Obładowany ponad miarę wóz przykryty był płachtami, które miały uchronić cenny ładunek przed wszędobylskim wdzieraniem się piasku. Gdyby wóz jechał po równym i płaskim podłożu pewnie stare drewniane osie skrzypiały by nieznośnie. Arsuf zajechał od lewej strony, natomiast rycerz John przygalopował od prawej strony wozu rzucając ciekawe spojrzenia na ładunek, ten jednak w wiekszosci ukryty był pod materiałem. Na koźle siedziała szczupła zakapturzona postać. Siedząc na szeroko rozstawionych nogach leniwie poganiała zaprzęgnięte do wozu zwierzaki. 

      - A dokąd się tak wybierasz samotny kupcze? - gromkim głosem zakrzyknął John Ingles. Arsuf zajęty kontemplowaniem woźnicy drgnął zaskoczony.

      - A dokąd droga kupiecka wiedzie mości Rycerzu - odparł Woźnica po czym odrzucił kaptur z głowy. Oczom rycerzy ukazała się szczupła twarz o twardych rysach. Nieznajomy był ostrzyżony na zakonnika, razem z kozią bródką taki wypisz wymaluj szpitalnik jakich bez liku można było spotkac po klasztorach i zakonach. Szpitalnik wyglądał na około trzydzieści lat. Mimo tego wieku jego oczy wyglądały na o wiele starsze. 

      - A dokąd się szlachetni Panowie Rycerze wybierają? - zrewanżował się kupiec nie przypominający kupca. Zanim Arsuf zdążył zastanowić się nad odpowiedzią jego wesoły kompan ubiegł go szybką i rozbrajająco szczerą odpowiedzią:

      - Do miejsca z najlepszymi zamtuzami najlepszymi trunkami gdzie trunek sie leje strumieniami a szpitalnik igra z pannami - wyrzucił z siebie jednym tchem Rycerz John wielce ucieszony swoją zdolnością do składania niezgorszych rymów.

      - Czyli ani chybi Damaszek - odparł Kupiec wcale nie przypominający kupca bezbłednie rozwiązując zagadke John'a. - To sie doskonale składa. Akurat zmierzam w tamtym kierunku. Jak wiecie Panowie czasy teraz niebezpieczne to lepiej w kompanii podróżować niźli samemu ze strachem o własny dobytek. - odparł wykrzywiając w pół-uśmiechu usta. I znowu zanim Arsuf zdołał zaczerpnąć tchu ubiegł go Rycerz Ingles przemawiając swoim tubalnym głosem:

      - Ho ho ho...drogi Kupcze. Nasza eskorta nie jest darmowa. Dwa najlepsze miecze tej częsci Zamorza nie praktykują dawania jałmużny ani wspierania ubogich. Co to to nie Pater. - odparł zadowolony z siebie John Ingles

      - Ależ nikt nie mówił o wspieraniu za darmo - odparł Kupiec uśmiechając się chytrze. - jałmużny dawno wyszły z mody a rozpędzanie się w miłosierdziu nad Bliźnim nigdy nie było popłacalne.

      - Tyś powiedział Pater. Tyś powiedział - przytaknął John Ingles.

      - Jednak wiadomo droga długa i każdemu nawet najlepszej eskorcie może zacząć doskwierać pragnienie - odparł Kupiec przytrzymując lejce i szperając drugą ręką pod płachtą wozu. Widać poszukiwania okazały się owocne ponieważ powrócił z pękatą i bardzo zachęcająco wyglądającą butelką.

      - To co innego. Gotów jestem ponownie rozpatrzyć a przynajmniej przemyśleć Twą ofertę Pater- odparł wyciągając ręke po napitek John.

      - Wiedziałem że dojdziemy do porozumienia - odparł Kupiec

      - Nie zdradziłeś nam do tej pory swojego imienia Panie - odparł ostrożnie Arsuf który w końcu mógł coś powiedzieć jako że jego kompan akurat zajął się bukłakiem bez strachu testując jego zawartość na samym sobie.

      - Brat Benedictus do usług - odparł schylając się teatralnie Kupiec. - A Twoje imie szlachetny Panie?

      - Arsuf...Arsuf de Bouillon - odpowiedział Młody Człowiek starając się wyprostować w siodle.

      -A ja się zwę Postrach Dziewic i Zabójca Mężów. - odparł John któremu udało się oderwać od zielonego bukłaczka - za takie trunki jesteś prawdziwym bratem Benedictusie - odparł podającz powrotem butelke


       
       
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zaynecarrick
      Czas publikacji:
      środa, 29 sierpnia 2012 23:01
  • piątek, 22 lipca 2011
    • Rozdział 1 (Ciąg dalszy)

      "Aequam memento rebus in arduis servare mentem non secus in bonis "

       

      Kwatera główna Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana z Jerozolimy, z Rodos i z Malty mieściła się w warowni Margat.  Mroczny zamek który rzucał długie cienie na położone u jego stóp miasto był siedzibą Zakonu Kawalerów Maltańskich. Ponure wnetrza i dziedzińce tchnęły nieprzyjemnym chłodem lecz nigdy nie ciszą . O każdej porze dnia  Rycerze Zakonu ćwiczyli się walce na miecze. Metal uderzał o metal , niejednokrotnie wnikał w ciało , przeszywając wnętrzności. Dwóch mocno zbudowanych mężczyzn przeszło przez Dziedziniec Zachodni i znikneło w wejściu do wieży Zachodniej. Kierowali się do kwater Wielkiego Namiestnika. Rycerze byli dobrze zbudowani , średniego wzrostu. Z lekkością bezszelestnie chodzili w twardych skórzanych butach ze srebrnymi ćwiekami.  Kot spłoszony dopiero ich widokiem czmychnął w górę schodów prychając na nich  wrogo. Obaj Rycerze zostali wezwani na osobiste widzenie z Wielkim Namiestnikiem Fulko de Villareta. Szli w milczeniu zatopieni w swoich myślach . Kwatera Namiestnika znajdowała się na szczycie wieży Zachodniej. Komnata urządzona w prostocie i funkcjonalności mogła dać mylne wyobrażenie o jej właścicielu. Wysoki Mężczyzna stał odwrócony do nich plecami spoglądając przez małe okno które wpuszczało odrobinę światła do komnaty. Wielki Namiestnik odwrócił się a jego czujne jastrzębie oczy spoczęły na nich.

      - Bracie Payne. Bracie Anger. Witam ... - odparł Wielki Namiestnik .

      Obaj Rycerze skłonili sie nieznacznie.

      - Przybyliśmy najszybciej jak mogliśmy Wielki Namiestniku. - odparł Payne.

      - Dobrze. Wezwałem was , ponieważ nasz Zakon ponownie musi wkroczyć na Drogę Krwi. Koło historii obraca sie nieubłaganie i bez naszego wsparcia. Jednak musimy pilnować aby szło odpowiednim torem. A nadchodzą czasy że zbliża się nieubłaganie Zmiana. Nie możemy do tego dopuścić. - odparł Fulko de Villareta

      - Jak rozkażesz Panie. - odrzekł brat Payne.

      - Nasi szpiedzy donieśli nam o ruchach wojsk Alp Arslana. Półksiężyc wraca do życia Bracia. Trzeba ukrócić te działania. Naszym pierwszym celem będzie żona Hrabiego Trypolisu : Sybilla Jeruzalemska. Jej wsparcie Półksiężyca objawia się pod zgodą na przemarsze wojsk po terytorium jej męża i wsparcie pieniężne. Śmierć tej kobiety poważnie zwolni rozwój półksiężyca lub nawet na pewien czas go zatrzyma. Ta śmierć jest konieczna , Bracia. - rzekł Wielki Namiestnik .

      - Jak rozkażesz Panie - powtórzył brat Payne. Po czym obaj z bratem Anger opuśclili prywatne komnaty namiestnika.

      Wielki Namiestnik Fulko de Vilareta spojrzał przez okno na rozciągającą sie na horyzoncie pustynie. Ciemne chmury zwiastowały zbliżającą się burzę piaskową...

       

       

      ==================================================================

       ZACHECAM DO KOMENTOWANIA

       

       

       

       



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zaynecarrick
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lipca 2011 23:29
  • czwartek, 21 lipca 2011
    • Rozdział 1 (Ciąg dalszy)

       

      "Tuitio fidei et obsequium pauperum"
       

      Droga leniwie pięła się pod górę , zmuszając utrudzone konie do kolejnego wysiłku. Arsuf w towarzystwie John'a Inglesa podróżował już drugi dzień. Mimo iż  wczoraj opuścili Edesse, Arsuf czuł się jakby już drugi miesiąc podróżowali przez pustynie. Droga która przez parę godzin po opuszczeniu Edessy była wzorem , który śmiało mógł konkurować ze słynnymi rzymskimi drogami , powoli  z każdym przejechanym stajaniem  zanikała. Teraz mijali jedynie co pewien czas wytyczone drewniane słupy które wskazywały drogę utrudzonym wędrowcom. Mimo iż podłoże było w miarę twarde , nie było kamienne co wyraźnie męczyło wierzchowce o wiele szybciej. Arsuf milczący przez większość początkowej drogi w końcu przestał się dąsać na ogromnego Rycerza z Anglii.

      - .... no tak jasne. Według mnie najwaleczniejszym zakonem są  Templariusze . Widziałem to niejeden raz na własne oczy. - mówił z przjęciem młody Pan de Bouillon

      - A tam , opowiadasz chłopcze - tubalnym głosem John Ingles przerwał Arsufowi wywód. Od razu można było sie zorientować że to dla niego zajmujący temat . Ogromny rycerz zakolebał się w śiodle a jego kopijniczy ogier pewnie nie był tym zadowolony. - Templariusze , templariusze ... wiadrogłowe łajdaki , tyle ci powiem . Nic nie musisz sobą reprezentować żeby dostać się do ich zakonu chłopcze. Ich szeregi są pełne szubrawców , złodziei i morderców... no ale oczywiscie szlachetnie urodzonych. Przecież tam nie musisz umieć nawet walczyć mieczem , musisz tylko wiedzieć którym jego końcem sie dziobie przeciwnika...

      - To który zakon jest najwaleczniejszy Johnie ?  - zapytał Arsuf , który celowo poruszał takie drażliwe tematy podczas których Rycerz Ingles poruszał sie na koniu nerwowo gestykulując. Nigdy nie wiadomo czy wierzchowiec Johna w końcu go nie zrzuci zdenerwowany na swojego właściciela.

      - Hmm... który który ... no paru jest pretendentów Arsufie...  - zamyślił się Ogromny Rycerz. - Stawiałbym na Pawężników z Tours , albo ...

      - Ale chodziło mi o Zakony ! - odparł juz nieco podenerwowany Arsuf

      - Nie krzycz na mnie Młodzieńcze, słyszę  - odparł wyrwany z zamyślenia John - Jeśli chodzi o Zakony to Joann... nie nie ,  oni to też półgłówki potrafiący sie bić jedynie na drewniane miecze. Poza tym oni zawsze strzelają z kuszy w plecy. Miej baczenie na to Młodzieńcze . A jeśli chodzi o najwaleczniejszych i prawdziwych Rycerzy to stawiałbym na Zakon Kawalerów Maltańskich. Nie jest to duży zakon , liczy niewielu członków , ale dostać  się do niego to prawie niemożliwe. Tylko najlepiej walczący rycerze mogą brać udział w pojedynkach które rozstrzygną czy mogą cie przyjąć do zakonu . Jeśli jakimś głupim sposobem wyzwałeś takiego Rycerza zakonnego na pojedynek lub chcesz go wyzwać pamiętaj aby wcześniej złożyć wizytę u spowiednika. Ponieważ po walce od razu sie spotkasz ze Stwórcą.

      - Są niepokonani ? - zapytał z rozszerzonymi oczyma Arsuf , ponieważ pierwszy raz słyszał o tym Zakonie. Po swojej ostatniej porażce na ulicy Edessy , gorąco sobie obiecał że zacznie ćwiczyć walkę na miecze. Właśnie zamiarował zapytać też Rycerza Johna aby ten go trenował w sztuce fechtunku.

      - Nie. Arsufie. Nikt nie jest niepokonany. Jedynie sam Bóg jest niepokonany. Z nimi da się wygrać , z jednym napewno i kiedy są świadkowie walki . Rycerze Zakonu cechują się niebywałą percepcją pola walki i zręcznością , ale jeśli okaże sie że dorównujesz im umiejętnościami mogą uciec do brudnych zagrań.. Sztylety i te sprawy. Poza tym dwóch Rycerzy z tego zakonu to Szermierze Natchnieni.  Przy takich nie mrugniesz a jesteś trupem. - odparł John Ingles

      - Szermierz natchniony ? Natchniony czym ? Co to za wojownicy? - zapytał zaciekawiony Arsuf.

      ====================================================

      - To nie są bajki Arsufie. - głos Ogromnego Rycerza spoważniał - To ludzie którzy przed samą walką zajrzą Ci w duszę i wiedzą wszystko. Umierasz i nie masz czasu sie nad niczym zastanowić . Walczą mieczem , ale nie masz czasu swojego dobyć , a nawet to nic by nie pomogło... no ale nie mówmy o tym już , stary już jestem , nie gadajmy o śmierci - rozpromieniał John

      - Dobrze , stary Rycerzu Johnie - odparł  poważnie młody Pan de Bouillon - z ciężkim sercem będe Cie musiał zająć sie twoimi niewiastami zamiast ciebie.

      - Ho ho zaś bez przesady - wybuchnał śmiechem Rycerz John klepiąc zamaszyscie Arsufa w plecy, przez co ten prawie spadł z kulbaki. - Dam sobie rade jeszcze długo. A poza tym tobie bałbym sie powierzyć nawet moją starą piastunkę , ho ho ... - tu pociągnał tęgi łyk z antałka wina kolebiącego sie przy siodle. - Może  miałby panicz ochote na kapke wina z Duroctorum ? - odparł wykrzywiając sie przymilnie . - Zrobione z najprzedniejszych tamtejszych sznurowadeł  ha ha ha ....

      - Ech Johnie , wymyśliłbyś ty coś nowego . Ze sznurowadeł to tam chleb robią . - rzekł Arsuf szczerząc zeby. Ogromny rycerz zatrząsnął sie ze śmiechu przyginając swojego ogiera nieco do ziemi.

      -Wiooo Ogar - ryknął John poganiając konia nachajką .

      -Czemu Ogar ? - zaciekawił sie Arsuf de Bouillon .

      - Bo nie umiem sobie przypomnieć imienia mojej piastunki- odparł chichocząc John Ingles. Wyjechali na szczyt wzniesienia z którego rozciągał się doskonały widok na wijącą się drogę i niestety najbliższe pustkowia. Słońce powoli chyliło sie ku zachodowi rzucając długie promienie. Po drodze z pół stajania przed nimi toczył sie wyładowany ponad miarę wóz.

      - Zbliża sie noc Arsufie . Chodź dogonimy ten wóz , lepiej w nocy w kompanii podróżować . - odparł John Ingles

      - Dobry pomysł .

      - Wiooo Ogar... !

       

      ======================================================

      Zachęcam do komentarzy ; )

       

       

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zaynecarrick
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2011 17:29
  • poniedziałek, 18 lipca 2011
    • Fragment

      Rozdział 1(fragment)

      Młody rycerz Arsuf de Bouillon szedł szybkim krokiem ulicą Handlową. Piaskowa droga pięła się leniwie pod górę. Mimo 10 już godziny dnia ulica Handlowa dopiero budziła się do życia. Kupcy rozkładali stragany, leniwie obrzucając przekleństwami swoich współtowarzyszy. Mimo wczesnej godziny słońce było już wysoko grzejąc Arsufa niemiłosiernie w plecy i czaszke. Młody rycerz odkąd został pasowany ubzdurał sobie że wszędzie będzie chodził w kolczudze , i w koszuli na której widniał ogromny herb rodu de Bouillon. Wszędzie , do kościoła , do karczmy , do stajni , do łożnicy... . Do łożnicy w niektórych tylko wypadkach . W wypadkach kiedy nie chędożył. Oj dawno sobie Arsuf nie chędożył. Bezpośrednio po pasowaniu na rycerza (2 lata temu przez jaśnie Pana Ojca Gotfryda de Bouillon) wyruszył ze swoim Ojcem do Outremer.
      Młody zapalony rycerz czuł, że to on powinien odbić Święty Grób w Jerozolimie z rąk Arabów. Dlatego też wyjechał z Francji pośpiesznie , ponaglając swojego Ojca do tym szybszego wyjazdu. Tak szybko że nie zdążył się pożegnać ze swoją lady de Mélanie. Tak jakby chciał to sie nie pożegnał. Pożegnał się za to z córką stajennego , jasnowłosą dzieweczką o niebieskich oczach , małych piersiątkach i pokaźnym tyłku. Zaraz po przyjeździe do Edessy miał nadzieje Arsuf na podobne przyjemności. Jednak spotkał go przykry zawód. Kiedy przybyli ojciec przekazał młodego rycerza pod opiekę Biskupa Henry'ego - innego Francuza , który już przesiedział w Outremer 10 lat i siedział sobie bardzo wygodnie. Piastował najwyższą funkcję w mieście ( jeśli nie rezydował w nim akurat żaden z królów). A ponieważ był to człowiek starszego wieku, nie tolerował burdeli ani innych przybytków przyjemnośći. Wszystkie wesołe dziewczynki i ich Buchhalterzy wylecieli za mury miasta w 2 roku jego panowania. Jako że Edessa leżała dość daleko od linii gorących walk , jej garnizon pozostawał taki sam , bez zmian , nie zostawał nigdy wysyłany do walk.
      Toteż poszukanie jakis przyjemnych wdówek do pocieszenia nie dawało pozytywnych wyników. Arsuf był uparty i szukał. Bardziej zgrywał wielkiego Pana na ulicach Edessy, chodząc z przypasanym mieczem , głodnym wzrokiem szukał okazji do bitki. Dwa lata nudzenia sie w miescie interesującym jak gruba żona Młynarza z Lyonu. Wielkie i rozdęte do granic możliwości miasto siedziało i śmierdziało , lada chwila a się zaczną wylewać budynki poza mury. Dziwicie sie że Arsuf szukając bitki nie znalazł jej ? Znalazł a jakże. Pijani strażnicy , ochroniarze karawan , kiedy usłyszeli że Arsuf pluje na ich herby i niewiasty(innymi słowy nie oddaje im hołdu, obelżywie sie wyraża) zaraz wyszarpywali miecze z pochew i z czerwonymi twarzami , czasem z pianą z piwa wciąż na twarzach zwracali sie w strone Arsufa. Jednak jak już wiadomo młody rycerz był pod opieką biskupa Henry'ego zaufanego przyjaciela ojca Arsufa - Gotfryda de Bouillon. Mimo iż Arsufowi zdawało się że włóczy sie sam bez celu po mieście nigdy nie był sam . Zawsze za nim chodziło parę Smutnych. Smutni - szare osoby ubrane w szare kaptury i o szarej fizjonomii. Osoby które idealnie wtapiały się w tłum. Teraz Arsuf wiedział że jakby coś sie stało to on nie zdążyłby mrugnąć a Smutny by powiadomił kogo trzeba wrócił , splunął na ściane i podrapał się w tyłek. Osobami kogo Trzeba byli zwykle Templariusze, których patrole nie zmordowanie krążyły po mieście. Potężni rycerze w czerwonych krzyżach na plecach byli bardziej pokręceni niż Arsuf. Łazili w Hełmach w pełen upał . Wyobraźcie sobie słońce w zenicie a facet wielki jak wieża oblężnicza idzie w kolczudze i hełmie bucząc jakby pod nim schował stado pszczół. No i tak okazje do bitki kończyły się nie-sa-mo-wi-cie szybko.
      Templariusz podchodził i bez ceregieli mieczem wykańczał delikwentów. W ramach ostrzeżenia łaskawie ucinano ręke. Ale mniejsza już o tym. Po dwóch latach nudzenia sie wreszcie coś się ruszyło . Jak do tej pory rzadko sie widywał z biskupem Arsuf( wszystkie informacje od biskupa do Arsufa przekazywał mu biskupi zausznik Letrieve) toteż nie miał żadnych informacji ani o Ojcu ani o postępach Świetej Wojny z Arabami. Słyszał tylko pojedyncze plotki od kupców z karawan które zdąrzały do Syrii albo Damaszku. Toteż teraz zdziwił się bardzo słysząc że biskup go wzywa na osobistą rozmowe . Idąc i rozmyślając o tym był przyzwyczajony do tego że ludzie uchodzili mu z drogi. Pogłoski o tym że jest uprzywilejowanym gościem biskupa szybko sie rozeszły po kilku pokazach siły przez Templariuszy. Zamyślony zderzył się z plecami osoby stojącej na środku drogi. Arsuf upadł na plecy w pył ulicy. Zerwał się zaraz cały czerwony ze złości i ryknął:

      - Czy nikt Cie nie nauczył wieśniaku że kiedy Pan idzie schodzi mu się z drogi ?

      Właściciel pleców ogromnych jak brama w Jerozolimie, powoli się odwrócił do Arsufa. Ogromny Mężczyzna o czarnych włosach i przenikliwie zielonych oczach spojrzał na Młodego Rycerza. Był Rycerzem również , miał kolczuge i herb na piersi którego Arsuf nie rozpoznawał.

      - No , no patrzcie państwo taki młody a już wyszczekany- odrzekł nieznajomy pocierając dłonią silnie zarysowaną szczęke.

      - Uprzedzam Cie , skończy się to źle dla Ciebie - miecz już w połowie Arsuf wysunął z pochwy.

      - Schowaj szpikulec chłopcze bo się zranisz - rzekł wykrzywiając usta w ironicznym uśmiechu nieznajomy

      - Nie waż sie do mnie tak mówić , jestem Arsuf de ....

      - Czekaj jak ? - wielki uśmiech pojawił sie na twarzy nieznajomego

      - Arsuf de ...

      Nieznajomy wybuchnął gromkim śmiechem pochylając się w pół.

      - Arsuf ? Ha ha ha , a to dobre ... Dobre imie dla konia ..- śmiał sie nieznajomy

      Dla młodego Rycerza to było za dużo , wyszarpnął miecz z pochwy i ruszył na nieznajomego. Jako że Arsuf mało czasu poświęcał na wprawianie się w walce we Francji ponieważ zdecydowanie wolał uganiać się za parą kobiecych nóżek cios miecza wyszedł mu bardzo nieporadnie. Zamiast odcięcia dłoni od nieznajomego, przeciął powietrze ponieważ ogromny rycerz mimo swojej wielkości uchylił się przed ciosem i pięścią w skórzanej rękawicy wyprowadził kontratak. Cios sięgnął brzucha Arsufa wypychając mu powietrze z płuc, a on sam padł znowu na plecy ciężko dysząc. Pomyślał że da później na msze w kościele że ta rękawica nie była metalowa. Chyba że ten ogromny mężczyzna go zabije. Tymczasem Rycerz stanął nad nim i spojrzał prosto na niego, na twarzy wciąż mając ironiczny uśmieszek.

      - Zmęczyliśmy sie ? Może mała przerwa ...Panie wierzchowny Arsufie ... Ha ha ha ha

      Arsuf łapał ciężko oddech nie mająć siły żeby nawet odgryźć się nieznajomemu. Pomyślał że da jeszcze więcej na msze za to że cios nie padł nieco niżej bo czuł że by sie po tym już tylko do muzeum nadawał , a chędożenie by musiał zostawić innym. A tego by przenigdy nie chciał. Rycerz tymczasem się prostował, po gromkim śmiechu kiedy usłyszał za sobą ciężkie kroki i dostojne buczenie.

      - Co tu się dzieje ? Kto zaatakował młodego Pana de Bouillon? Wy ? Bedziecie pociągnięci do odpowiedzialności - Templariusz , w hełmie i kolczudze cięzko zabuczał. Wzrostem prawie dorównywał Nieznajomemu.

      - Co tam mówisz ? Nie słysze cie... Może lepiej zdejmij ten garnek z głowy ?Ho ho ho- wybuchnął śmiechem Rycerz

      Spod hełmu Templariusza doszło zdenerwowane wybuczane przekleństwo i Templariusz złapał za miecz. Tym razem Nieznajomy nie czekał na atak. Mocnym kopniakiem w napierśnik odrzucił Templariusza który hełmem zderzył się z okolicznym murem aż zadźwięczało

      - Co tam brzęczący ? Już sie pszczoły zmęczyły ? Zaraz ci tam zupe w garnku zrobie

      Arsuf tymczasem stanął chwiejnie na nogi wyciągając miecz. Nieznajomy odwrócił się do niego i westchnął :

      - No chłopie musze przyznać jesteś naprawde samobójcą , zaraz ci przetrące gnaty.

      Lecz wtedy jeden ze Smutnych podkradł się z tyłu sękatą pałą (ani chybi nogą ze stołu - pomyślał Arsuf) przywalił w potylice Nieznajomego. Rycerz padł twarzą w piach. Jednak co było zaskakujące zmeł w ustach przekleństwo i powoli zaczął się podnosić. Smutny uderzył znowu i jeszcze raz . Tym razem Rycerz zasnął i nie próbował się już podnieść.

      - Idzicie młody Panie de Bouillon , Biskup na was czeka...a nim się już nie przejmujcie - odparł Smutny.

       

      Komnaty Biskupa zawsze były czymś nie dla zwykłych śmiertelników. Piękne pomieszczenia o wysokich sufitach pomalowane w przyjemne dla oka jasnożółte kolory. Jakiś mistrz narysował piękne wzory na ścianach komnat , na co Arsuf jak zwykle nie zwrócił uwagi. Dzisiaj jednak Biskup nie był wewnątrz swoich komnat - stał opierając się o barierkę na swoim pięknym tarasie. Stał plecami do Arsufa, który przez chwile się zastanawiał czy nie pomóc Biskupowi się nauczyć latać wypychając tego "zgrzybiałego dziada".

      - No . Wreszcie jesteś ! - Biskup Henry odwrócił się do niego i spojrzał przeciągle . W jego głosie słychać było nutkę ironii i zniecierpliwienia. Mimo iż włosy były szczodrze przysypanę starczą bielą postępujący ząb czasu nie miał wpływu na oczy Biskupa. Przenikliwe oczy koloru brunatnego celowały w Arsufa jak dwie bliźniacze kusze. - Czołgałeś się tutaj Młodźieńcze ? - zapytał Henry patrząc na wygląd Arsufa

      - Ojcze Biskupie , miałem mały konflikt po drodze jak tu się zbliżałem , otóż mianowicie...

      Biskup machnął ręką i rzekł przerywając mu:

      - Nie mam całego dnia Arsufie , na wysłuchiwanie twych zapewne interesujących przygód (Arsuf zacisnął zęby ze zdenerwowania)- odparł Biskup - Wezwałem Cię , ponieważ przyszła wiadomość od Twojego Ojca. A raczej wiadomośc o nim . Twój Ojciec został porwany.

      Ta wiadomość wstrząsneła młodym Rycerzem . Jego Ojciec - Gotfryd de Bouillon był dla niego jak legenda , ogromny mężczyzna o dłoniach wielkości talerzy, był jednym z najlepszych wojowników francuskich. Arsuf nie miał pojęcia co mogło sprawić że ktoś go porwał.

      - Jego oddział w sile 100 rycerzy starł się z nieprzyjacielem w kotlinie 3 mile na wschód od Damaszku.

      - Nieprzyjaciel ? - Arsuf zaczerpnął oddech.

      - Tak jedni mówią że to byli ludzie Alp Arslana który mimo że jest sunnitą oznacza się niezwykłą przenikliwością w dowodzeniu ludźmi.

      - Ile ich musiało być że porwali do niewoli najznamienitszych rycerzy francuskich? Musieli mieć miażdżącą przewage. - Arsuf potarł szczęke

      - Niekoniecznie. Są też inne pogłoski. Mówią że to był Tiberius.

      - Tiberius ? Jeden człowiek ? - Arsuf myślał że Biskup oszalał wierząc jakimś plotkom.

      - Arsufie , Arsufie... To nie człowiek, to Fechtbuecher.

      - Nie rozumiem - odparł Arsuf

      - To człowiek który poświęcił swoje życie walce na miecze . Tiberius jest wyklętym łacinnikiem , mimo iż nosi habit Joannicki potulnym braciszkiem nie jest. Podobno z trupów osób które zabił można by zrobić most na drugi brzeg morza martwego. Jedni mówią że jest szermierzem natchnionym , inni że sam Diabeł prowadzi jego ostrze.

      - To bajki Ojcze Biskupie- odparł Arsuf ponieważ jego butna duma i ego obudziło się znów do życia.

      - Nie wiem czy bajki , czy prawda . Ty mi to powiesz - odparł Biskup - Wysyłam Cię z zadaniem dowiedzenia się czegoś, spenetrowania tamtejszej kotliny

      - Ttt-ak Ojcze Biskupie - Arsuf zrozumiał że skończyły się przelewki - Jaką eskortę dostanę ?

      - Człowieka . Jednego

      - Aaale jak To ?

      - Normalnie , Nie mogę uszczuplić garnizony fortecy. Oddziały grasantów powróciły w nasze okolice , Alp Arslan również zaczyna działać niedaleko. Musze mieć czym obronić miasto.

      - Kto będzie moją eskortą ?

      - Rycerz Angielski John Ingles.

      - Czemu akurat On ?

      - To jedyny człowiek który przeżył spotkanie z Tiberiusem. Rycerz banita z Królestwa Jerozolimskiego.

      - Czemu został wydalony z Królestwa Jerozolimy ?

      - Niebawem sam go o to zapytasz , a teraz opuść mnie . . .

       

      Zatopiony w rozmyślaniach Arsuf opuścił komnaty Biskupa kierując się przez miasto do koszar, w których miał dostać wierzchowca i obiecaną eskortę. Rycerz Angielski pewnie będzie wysoki jak tyczka i szczupły jak kopia. Pewnie będzie miał bródke i wąsiska ogromne i zakręcone . Pewnie będzie mówił pokręconym językiem jak każdy rycerz któremu stuknął czwarty krzyżyk. "Na Honor", "Szlachetny Panie" ,"dlaczegóż" "poniewuż" jeśli takie odzywki usłyszy to pewnie będzie musiał go zakneblować - myślał Arsuf. Zszedł na dół ulicą Dzwonniczą , wąską przerwą między domami przeszedł na sąsiednią ulicę Piaskową i pomaszerował w strone Bramy Północnej. Idąc drogą zobaczył po drodze stragan kupca ze świecidełkami. Różne błyskotki , talizmany i wisiorki oraz bibeloty w najróżniejszych kolorach. Oczywiście te drobiazgi nie przyciągneły uwagi Arsufa. Może nie tak bardzo jak osoba która je oglądała. Ubrana jak wszystkie arabskie kobiety dziewczynie widać było tylko ręce o ciemnej przyjemnej karnacji i oczy. Niesamowite oczy o intensywnym fioletowym kolorze spojrzały na Arsufa w tym samym momencie kiedy on w nie spojrzał. Jednak młody rycerz nie przystanął ani na moment zatopiony w rozmyślaniach. A kiedy dotarło do niego co widział i gwałtownie obrócił się w miejscu nikogo już w tamtym miejscu nie było. Nie sądził że mu sie przywidziało . On nie był z tych osób co przywiązują wagę do duchów czarów i magii. Widział jak magicy i magiczki kończyli żywot we francji. Na stosie , nierzadko piękne dziewczyny kończyły swój żywot a on nie mógł z tym nic zrobić . Jednak nie był teraz we Francji , nie było zimnej leniwej wiosny a gorący upał i żar sie lał z nieba. Nie było stosów i nie było pięknych dziewczyn. Wróć . Jednak były . Właścicielka fioletowych oczu nie była przywidzeniem. Arsuf troche spochmurniał - 2 lata gnieździł się w tym miescie a dopiero w dniu wyjazdu zobaczył kogoś interesującego. Tak idąc i rozmyślając i znowu idąc dotarł do koszar. Własnie miał otworzyć usta i sie zapytać o rycerza Inglesa kiedy usłyszał dobrze znany głos za sobą:

      - Młody Pan de Bouillon ?

      Arsuf się odwrócił i zobaczył nieznajomego z którym niemiłe spotkanie miał idąc do Biskupa. Nieznajomy był uśmiechnięty od ucha do ucha , trzymał jedną ręką konia za uzdę.

      - To Ty Paniczu de Bouillon ? Arr .. a.. arfu..

      - Arsuf - odparł Młody Rycerz starając się panować nad sobą .

      -Wybacz - odparł Nieznajomy wyciągając ogromną prawicę do Arsufa - nie sądziłem że to sie tak skończy dziś o poranku. Jestem John Inglesious of Bannockburn. Mów mi John.

      Arsuf wyciągnął ręke. Uścisk Rycerza Johna o mało nie połamał mu kości w ręce. Arsuf zdziwił się że nie było słychać chrupania miażdżonych kości.

      - Podobno jesteś moją eskortą Rycerzu Johnie - odparł Arsuf

      - Porzuć te tytuły, Nie jestem żadnym zafajdanym Lordem ani Hrabią ani Biskupem . Jeszcze.

      - Jeszcze ?- zapytał Arsuf

      - Trzeba być ambitnym - rzekł uśmiechając się Rycerz John. - Dobrze że wyjeżdżamy z Edessy. No co masz taką niewesołą minę Arsufie ? To miasto to największy wstyd Zamorza. Zero burdeli , zero panienek , trunków dobrych oni tu nie widzieli. Miasto nadętych bufonów Templariuszy którzy buczą w tych swoich hełmach. Dokąd się udajemy ?

      -Damaszek - odparł młody Rycerz

      - O dokładnie tego mi było trzeba. Damaszek to prawdziwe miasto , w którym można się zabawić. Może nie jest to taki luksus jak w Trypolisie ale nie jest to taka zafajdana dziura jak Akka w której jedyną rzeczą do podziwiania jest cytadela. No przynajmniej nie ma takiej biedy z burdelami jak tu w Edessie. Ech żeby pokręciło tego Biskupa ... jak mu tam Harold ? Humpry?

      - Henry. Biskup Henry . - rzekł Arsuf który pomyślał że John Inglesious von Bannockburn nie był taki zły. Miał podejście bardzo podobne do Arsufa w wielu sprawach.

      - Mówisz chłopcze jakbyś go znał.

      - Bo tak jest , On był moim opiekunem tutaj w Edessie. Ale nie żywie dobrych uczuć i współczucia do niego. Stary zgrzybiały dziad. - rzekł Arsuf

      - Tak trzymać chłopcze. Dobrze mówisz.Co jak co ale klechą nie można ufać. -uśmiech pojawił się na twarzy Rycerza Johna - Ale patrz już brama północna . Już zostawimy za sobą to świętoszkowate miasto. Hej ty tam w garnku na głowie otwieraj brame!

      "I fiołkowe oczy też zostawiam za sobą" pomyślał Arsuf. Jeszcze nie wiedział jak sie mylił. Ani on ani John nie spodziewali się tego co ich spotka poza murami miasta. Już niebawem się mieli tego doczekać.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zaynecarrick
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 lipca 2011 22:48